O autorze
Piszę, co myślę

Płeć trzymająca język

Ręce mi opadają, gdy słyszę kolejne dziennikarki, twórczynie, mówczynie, polityczki czy profesory, a nawet, i wyznaję to z przykrością, niektóre kobiety lewicy, mówiące ze złośliwym uśmieszkiem „Premiera? Pani Elizo, premiera to może być w teatrze”. Nie, do diaska! „Premiera” może i powinna stać na czele rządu. Bo jeśli jest kobietą, to znaczy, że jest premierą. Zaprzeczając temu dochodzimy do tekstów jak z pewnej znanej stacji telewizyjnej, która Ewę Kopacz przedstawiła tak: „wieloletni działacz i polityk Platformy Obywatelskiej, kandydat na premiera – Ewa Kopacz”. Aż miało się ochotę dodać: „Urodził dwoje dzieci i mieszkał z mężem w Szydłowcu”.


Bo jeśli nawet Kongres Kobiet, szacowna i bardzo popierana przeze mnie instytucja, która dla kobiet robi wiele dobrego, wydaje oświadczenie, że „popiera panią premier”, to co mają powiedzieć normalne, pozbawione wpływów, nikomu nie znane Polki? Jak wykrzesać z siebie odwagę, której brak przywódczyniom?

Dlaczego mówić o kobietach w formie żeńskiej? Najkrótsza odpowiedź brzmi: a dlaczego nie?

A serio: zadajcie to samo pytanie pierwszemu napotkanemu mężczyźnie. Zapytajcie go, dlaczego mówi o sobie per „on” zamiast „ona”. I spróbujcie go nakłonić, żeby powiedział „jestem dobrą kandydatką do awansu” zamiast „jestem kandydatem”, lub „jestem prezesą” zamiast „jestem prezesem”. Albo jeszcze lepiej: „jestem dobrą kochanką” zamiast „dobrym kochankiem”. A znaliście kiedyś mężczyznę, który przybrał nazwisko żony? (mimo, że prawo na to pozwala). No właśnie.

Żaden mężczyzna nie powie o sobie w formie żeńskiej, nigdy. I dobrze - bo niby dlaczego miałby? W końcu jest mężczyzną. Proste? No właśnie.

Gdy zrozumiecie, drogie panie, że mężczyźni, w przeciwieństwie do wielu kobiet, zwyczajnie są dumni z tego kim są, pojmiecie też, że język jest jednym z najbardziej skutecznych sposobów pokazania własnej podmiotowości. Język jakim same o sobie mówimy – jest ważny. Jest kluczowy. Nie tylko dla postrzegania nas przez mężczyzn, ale także, a może przede wszystkim, dla sposobu w jaki myślimy o sobie, w jaki siebie widzimy my same.


Zresztą, jak zwracają mi uwagę moje widzki i sluchaczki, żeńskie formy już przecież istnieją.
Jest oszustka i złodziejka, dzieciobójczyni i morderczyni, jest pielęgniarka, sekretarka i przedszkolanka.
Problem, wszystkie świetnie wiemy czemu, zaczyna się od "ministry", „premiery”, „prezesy”, „doktory”, „profesory”, „gościni”.

Poza wszystkim, używanie żeńskim form, żeńskich końcówek, to najprostszy dla kobiet sposób pokazania: jesteśmy obecne. W rządzie, u władzy, w instytucjach publicznych, w mediach. Wszędzie.

To także najprostsza metoda oswojenia mężczyzn z naszą odrębnością, zaakcentowania tego, że jesteśmy dumne z bycia kobietami.Gotowe do zadbania o nasze sprawy, w których mężczyźni nie kiwną palcem – nie dlatego, że nie lubią kobiet, ale dlatego, że władzą - zwłaszcza taką, która spadła z nieba, urodzenia, religii, tradycji - nikt się jeszcze nigdy dobrowolnie nie podzielił.

Owszem, wielu z nich nam pomoże, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Jednak tylko pod warunkiem, że powiemy im jasno czego chcemy, będziemy konsekwentne, stanowcze i będziemy same siebie traktować poważnie.

I oznajmimy to naszym własnym językiem, na swój własny sposób.

Że nie jest łatwo? Że używanie żeńskich końcówek bywa kłopotliwe i naraża na śmieszność? Trudno. To jest cena, niezbyt przecież wygórowana, którą po prostu trzeba zapłacić.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...