Kościół żądny władzy i pełen hipokryzji

Amerykańscy kongresmeni w pierwszej poprawce do konstytucji zdecydowali, że „kongres nie ustanowi ustaw wprowadzających religię”. Polscy posłowie, ba! - już nawet ministrowie! - coraz bardziej ochoczo i coraz bardziej jawnie przyklaskują kolejnym, szalonym i bezczelnym pomysłom kościoła katolickiego. W efekcie nowy szef Konferencji Episkopatu Polski, abp Stanisław Gądecki ośmielił się, rzecz bez precedensu, powiedzieć głośno i wyraźnie na Jasnej Górze, że jest przeciwny rozdziałowi kościoła od państwa. Więcej! Że kościół powinien być duszą państwa. Trzeba mieć naprawdę wielki tupet i jeszcze coś więcej - wiarę we własną władzę, wszechmoc i całkowitą bezkarność - żeby będąc przedstawicielem instytucji, która w kwestiach moralnych myli się i błądzi ciągle i niemal we wszystkim, uzurpować sobie prawo do bycia sumieniem społeczeństwa.

Trzeba mieć tupet, żeby powiedzieć głośno, że kościół, który opłacił najlepszych prawników siostrze Bernadettcie (jednocześnie milcząc w sprawie w jej sadyzmu i nieodwracalnej krzywdy niezliczonych ludzi), kościół, który tuszuje skandale pedofilskie i homoseksualne, a księży dopuszczających się przestępstw „karze” przenosząc do innej parafii, lub – jak w co najmniej jednym przypadku opisywanym przez media - na Ukrainę, toleruje szkodliwą religię smoleńską i usprawiedliwia dokonywane w jej imię akty pogardy i kłamstwa, kościół, który dopuszcza się idolatrii i bałwochwalstwa pozwalając na wieszanie w swoich świątyniach kawałków blachy z Tupolewa i patronując awanturom o krzyż na Krakowskim Przedmieściu, kościół, którego funkcjonariusze po pijanemu wjeżdżają w latarnie i „odzyskują” (ja powiedziałabym „zdobywają” majątek przy pomocy byłych esbeków – ma być duszą państwa.


Kościół stoi dziś bardzo daleko od przyzwoitości: jest zachłanny, pełen hipokryzji, nienawiści, chciwości, małostkowości (sprawa księdza Lemańskiego czy Bonieckiego), pogardy dla własnych wiernych, interesowny i rozpolitykowany.

Oczywiście dla rozdziału kościoła od państwa to bez znaczenia, bo nawet gdyby kościół katolicki był jak żona Cezara - i tak jego miejsce jest w kruchcie, a nie w parlamencie.

Dla porządku przypomnę tylko, że ta bardzo już dziś mało szacowna instytucja, której funkcjonariusze roszczą sobie prawo do bycia między innymi moim i Waszym, obywateli, sumieniem i rozumem, przez całe wieki i ze wszystkich sił sprzeciwiała się postępowi, oświeceniu i nauce. Gdybyśmy słuchali kościoła katolickiego nie mielibyśmy dziś nie tylko transfuzji krwi, sekcji zwłok, przeszczepu organów, dostępu do prezerwatyw, badań prenatalnych i in vitro, ale także dostępu do dzieł Balzaka, Kanta, Flauberta, Boccaccio, Defoe, Locke’a, Hugo, Zoli, Sartra, i wielu wielu innych, ot choćby naszego poczciwego Mikołaja Reja. O Galileuszu i Koperniku nawet nie wspomnę.

Chcecie wiedzieć, co mędrcy kościelni, protoplaści dzisiejszych „specjalistów” w sutannach od nauki, genetyki, in vitro, medycyny „katolickiej” i innych dziwów napisali o odkryciu Galileusza? Proszę bardzo: „Teza ta została jednogłośnie uznana za bezsensowną i absurdalną z punktu widzenia filozoficznego i formalnie heretycką (...)”(Sprawa Galileusza. Wybór i redakcja J. Życiński, Wyd. Znak, Kraków 1991, s. 94-95).

Rację miał Pascal, który twierdził, że „Papież nienawidzi uczonych i lęka się ich, albowiem nie podlegają mu na mocy ślubowania”, lecz dość przerażające jest, że po Polsce nie widać, by od jego czasów cokolwiek się zmieniło. Pascal trafił w sedno, bo dokładnie to, strach przed utratą olbrzymiej, choć nie uzasadnionej zasługami, mądrością, dokonaniami czy demokratycznym wyborem władzy, jest powodem dla którego hierarchowie kościelni chcieliby, żeby Polska była państwem religijnym. Oczywiście wtedy niczym nie różniłaby się od krajów islamskich, ale przecież to nieważne - ważne, że kościołowi nikt już wtedy nie zdołałby się sprzeciwić. Szczerze mówiąc już teraz, dzięki uniżonej i lizusowskiej (a idącej wbrew interesom Polaków), postawie polskich polityków, jest to coraz trudniejsze.

I ostatnie słowo o rzekomym odcinaniu się obywateli od „wartości, które wyrastają z ewangelii”, nad którym także ubolewa Gądecki: przypominam, że one wzięły się nie od Jezusa, ale od filozofów greckich. Bo wbrew temu, co twierdzi niejeden hierarcha tak zwane „wartości chrześcijańskie” czyli powściągliwość, altruizm, etos pracy, współczucie i sprawiedliwość, apostołowie po prostu ściągnęli od greckich wielkich filozofów. Może to przykro zaskoczyć wielu katolików, ale w kwestiach etycznych to Arystoteles był pierwszy, a Jezus dopiero drugi.

Przykro mi to mówić, naprawdę, ale ktoś to wreszcie głośno i wyraźnie powiedzieć powinien: księża do kościołów, a politycy do roboty przy dobrym, świeckim prawie. Tak dobrym, zęby żadnemu Gądeckiemu nie przyszło już do głowy obrażać takimi przemówieniami naszej inteligencji i rozsądku.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Kościół
Skomentuj